piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział 12 Sezon II

"-Wiesz co Jaś?- spojrzała mi w oczy.
-Hm?
-Kocham cię, serio.- kolejna rzecz, której się nie spodziewałem. W moja twarz uderzyła fala gorąca.
-Ja ciebie też.- odpowiedziałem zdając sobie sprawę z wagi tych słów i z obietnicą, którą wypowiadam razem z nimi."



Perspektywa Martyny

  W końcu odważyłam się mu powiedzieć co tak na prawdę do niego czuję. Mimo tego, że od dawna to wiedział bardzo się bałam jego reakcji. Na szczęście zareagował... pozytywnie. Wróciliśmy potem do domu, idąc nic nie mówiliśmy. Nie musieliśmy nic mówić bo wszystko zostało już powiedziane. Teraz wystarczy "tylko" się tego trzymać i jakoś to udowodnić. Teoretycznie jest to proste- praktycznie niekoniecznie.
  Gdy wróciłam do domu zobaczyłam, że czekał na mnie SMS. Od Florka "Zobaczmy się jutro? Mam do ciebie sprawę :)" nieco zdziwiona odpisałam "Jasne! Ale mogłabym być z przyjaciółką??" byłam umówiona z Alicją. Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko spotkaniu się z Florkiem. Po chwili chłopak odpisał: "Jasne. Przyjadę po was do Ciebie około 16" Mi obojętnie o której po nas wpadnie. Ale nie powiem, cieszę się bardzo, że w końcu się z nim zobaczę i pogadamy. Wątpię, że stało się coś poważnego bo wtedy na pewno dzwoniłby tak długo aż bym odebrała. Wyjątkowo szczęśliwa poszłam się wykąpać, zjeść coś i standardowo zadzwonić do Janka. Okazało się, że Florek pisał również do niego co tylko wzmogło naszą ciekawość.
  Dzień w szkole zleciał wyjątkowo szybko, Ala nie miała nic przeciwko poznania Florka. Równo o szesnastej sportowy samochód Floriana podjechał między moją bramkę a bramkę Jaśka. 
-Hej Florek!- zawołałam wesoło gdy zobaczyłam przyjaciela.
-Cześć rudzielcu, dawno cię nie widziałem!- zaśmiał się. Uścisnęliśmy się lekko i po przyjacielsku. Uśmiech chłopaka zbladł gdy zobaczył osobę stojącą za mną.
-Alicja...- patrzył się na nią jak sroka w kość. 
-Jeszcze żyję, ta. A ty?- westchnęła. 
-Ja też. Cholera. Ciebie jeszcze dłużej nie widziałem.- potarł dłonią czoło. 
-Ile to było? Pięć lat chyba, co nie?- liczyła na palcach. 
-Gdzieś tak będzie. Byłem pewien, że...- nigdy nie widziałam go tak zdziwionego. Nigdy. Oni wcześniej się znali. Jak mogłam na to nie wpaść? Florek też kiedyś ćpał, jak sam mówił był w nie fajnym towarzystwie, które samo na siebie ściągało problemy. Alicja też żyje w czymś takim. 
-Że albo się zaćpałam, albo zabiłam albo ktoś zrobił to za mnie? Nie, ja jestem twarda sztuka.- ona też była maksymalnie zdziwiona jednak jak zawsze prawnie maskowała jakiekolwiek emocje. 
-Nic się nie zmieniłaś, serio. Nadal tak samo bezpośrednia. Wredna pewnie też. I wciąż ubierasz się tylko na czarno.- zaśmiał się lekko. Znali się wcześniej i to bardzo dobrze. Spojrzeliśmy z Jankiem po sobie, chyba o nas zapomnieli. 
-Przestanę się ubierać na czarno jak wymyślą ciemniejszy kolor. Za to ty wyszedłeś na prostą, co nie? Dawno o tobie nie słyszałam, wiec chyba tak. Poza tym, że Martyna mi o tobie wspominała.- popatrzyli się na mnie. 
-Ej. Właśnie. Czy możecie przybliżyć mi sytuację, która zaistniała. Bo jak na razie mogę się tylko domyślać o co chodzi!- machnęłam rękami lekko zirytowana. 
-Znaliśmy się kiedyś. Dość... dobrze, że tak powiem. Ona miała trzynaście lat, ja miałem szesnaście. Mniej więcej. I się teraz spotkaliśmy w miejscu, w którym byłem pewien, że nigdy nikogo z was nie spotkam. Dobrze, że to ty a nie ktoś inny. 
-Ale czemu nie mógłby być to ktoś inny?- drążyłam temat.
-Bo Ala była jedną z nielicznych, z którymi się lubiłem jak zacząłem się wyplątywać z tamtego towarzystwa. Zajęło mi to chyba dwa lata a i tak niektóre sprawy się jeszcze za mną ciągną. Sami z resztą wiecie.- pod koniec westchnął ciężko. 
-No dobra. A tak właściwie to po co ci jesteśmy potrzebni?- ciszę przerwał Janek. 
-Ach...- Florek niemal rozpromienił się słysząc to pytanie.
-Chodźcie. Do samochodu w senie.- weszliśmy wszyscy do auta chłopaka. Gdy włączyła się muzyka klasyczna Alicja parsknęła śmiechem.
-No tego to się po tobie nie spodziewała.- wychrypiała. 
-Tańczę w balecie, wiec wiesz.- na ułamek sekundy odwrócił się do tyłu aby zobaczyć reakcję dziewczyny, która niemal się opluła.
-O BOŻE. Żartujesz sobie?
-Nie, czemu? Dlaczego wy wszyscy tak na to reagujecie?- zaśmiał się do siebie.
-No facet, który ubiera się na czarno i chodzi w glanach nawet latem raczej nie pasuje do różowej, sterczącej spódniczki.- machnęła do góry rękami. 
-Ale przecież ja nie tańczę w spódniczce!- obruszył się. Kłócili się tak aż dojechaliśmy pod ładny, nowy blok. Florek z tajemniczą miną sięgnął po klucze. Bez słowa poszliśmy za chłopakiem, który zaprowadził nas na trzecie piętro i otworzył przed nami drzwi z numerkiem dziewiątym. Weszliśmy do nowiutkiego, słonecznego mieszkania. Ściany były jeszcze całkiem białe, zrobiona była tylko podłoga i łazienka, w której i tak brakowało kilku sprzętów. 
-Tu potrzebuję waszej pomocy. Kupiłem to mieszkanie w tajemnicy przed Emilką, więc nic jej nie mówcie. Wiecie, że ma się do mnie przeprowadzić a ja chcę żeby była szczęśliwa i nie musiała mieszkać ze mną na tym brzydkim, brudnym blokowisku, na którym mieszkałem dotychczas. Kupiłem to mieszkanko. Ale wymaga ono pomalowania i urządzenia. I chciałem się was zapytać czy nie pomoglibyście mi z malowaniem i ustawianiem mebli. Nie ma nacisku czasowego bo mamy czas aż do pierwszego lipca czyli przyjazdu Emki. Jak nie chcecie to nie, zrobię to sam. Ale  byłoby mi raźniej gdybyście mi pomogli. A ty Martyna ładnie rysujesz, więc pomyślałem, że może byś coś na ścianach wiesz...- uśmiechnął się do nas i popatrzył na surowe ale ładnie mieszkanie. Byłam w szoku. Nie sądziłam, że zrobi coś takiego tylko dla Emki. 
-Pewnie, że ci pomogę!- wykrzyknęłam radośnie, echo rozniosło się po pustych ścianach.
-Ja też.- Jasiek klepnął kumpla w plecy. 
-Może też się na coś przydam?- dołączyła się Ala. 
-Nie musisz jeśli nie chcesz albo nie masz czasu. Jejku, tak bardzo wam dziękuję.- uśmiechnął się do nas promiennie.
-A tak w ogóle to jak chcesz to pomalować?- zapytał Jaś. 
-No tego jeszcze nie wiem.- roześmiał się. 
-Ale chcę by był niebieski bo Emilka lubi niebieski.- rozejrzeliśmy się
-No to jak niebieski to może być na pewno biały. Pasowałby też szary, zielony, granatowy.- wyliczałam. Kolory to coś o czym mogę pogadać.
-No już, spokojnie, nie rozpędzaj się. To ty będziesz naszym zarządcą od feng-shui. 
-No dobra.- roześmiałam się. 
-Feng czego?- Janek tylko bardziej mnie rozśmieszył. 
-Nie ważne, nie wnikaj- nadal się śmiałam.
-Dobra, oddychaj Martyna. Napijecie się kawy? Jedyną rzeczą którą tu mam jest czajnik i puszka kawy. Po wodę chodzę do sąsiadki.- roześmiał się. 
-Dobra. Chyba będziemy twoimi pierwszymi gośćmi?- Janek rozsiadł się w kącie pokoju. 
-Będziecie. To czekajcie chwilkę.- chłopak chwycił czajnik i wyszedł z mieszkania. Usiadłam obok Janka, Ala przykucnęła naprzeciwko nas. Uśmiechnęła się do mnie wymownie gdy Jasiek patrzył za okno, odpowiedziałam jej lekkim kiwnięciem głowy na co ona zareagowała entuzjastycznym klaśnięciem w ręce. 
-Dobra. Zaraz się zagotuje.- powiedział Florian podłączając czajnik do kontaktu. 
-Ej. A masz na tyle kubków?- Alicja trafiła w sedno.
-O kurde. Faktycznie, nie pomyślałem o tym. To chodźcie pójdziemy kupić kubki. Za rogiem akurat jest taki sklepik z różnymi głupotami, na milion procent będą tam kubki. 
-To będzie nasz wkład w nowy dom.- zaśmaliśmy się wstając z ziemi i otrzepując spodnie z kurzu. Wyszliśmy z mieszkania, które Florek starannie zamknął i udaliśmy się do sklepu "za rogiem" dosłownie tak się nazywał. Wchodząc usłyszeliśmy dźwięk dzwoneczków zawieszonych nad drzwiami. Od razu rzuciła nam się w oczy półka z przeróżnymi kubkami. Ja wybrałam biały kubeczek z chabrami Alicja z napisem "Jestem głupia ale śliczna" Florkowi do gustu przypadł niebieski kubek z napisem "kończ kawę i do roboty" a Jasiek oczywiście wybrał coś najdziwniejszego: kubek z krową, która tańczy z żółwiem. 
-Co to ma być?- roześmialiśmy się widząc wybór chłopaka. 
-Jest piękny, wy się nie znacie!- jęknął chowając kubek do reklamówki. Wróciliśmy do domu gdzie czekała na nas zimna woda, więc musieliśmy ją ponownie zagotować. Wypiliśmy niesłodzoną kawę (Florek nie posiadał takich rarytasów jak cukier) i umawiając się wstępnie na wybieranie kolorów wróciliśmy autobusem do domu. 

♥♥♥
No to jest 12 rozdział :D Spóźniony bo nie chciało mi się go pisać z początku XD Ale mam nadzieję, że się Wam podoba :D Nadruki na kubkach nie zostały wymyślone przeze mnie, więc nie pytajcie czemu takie 8) 
Zapraszam na:

Cieplutko pozdrawiam
Miśka

czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział 11 Sezon II

Perspektywa Jasia

  Siedziałem w oknie i obserwowałem Martynę wygrzewającą się na ciepłym tarasie. Nie widziała mnie. Zaśmiałem się gdy nadbiegł Korek i niemal wskoczył na dziewczynę, która się go przestraszyła. Teraz pies trzymał głowę na jej brzuchu a ona nie ruszając się z miejsca drapała go za uchem, Korek lubi gdy mu się tak robi, więc otworzył pysk i moczył wysuniętym językiem koszulkę Martyny. Usłyszałem, że do domu wróciła moja mama, więc zszedłem na dół by się przywitać.
-Hej Janeczku, pomożesz mi?- trzymała w rękach ciężkie siatki z zakupami, więc wziąłem od niej wszystkie i zaniosłem je do kuchni.
-Co tam u ciebie słychać?- zagadnąłem sprawnie wyjmując zakupy.
-A nic ciekawego. Masz dużo nauki na dziś?- dołączyła się do rozpakowywania siatek.
-Nie, to już koniec roku, więc nie. A co?
-A posadzisz kwiatki? Ja nie mam czasu a przydałoby się już to zrobić.- wskazała na paczkę z nasionami.
-No pewnie. Rozpakuję zakupy i to zrobię.- uśmiechnąłem się.
-A gdzie?
- A gdzie zawsze sadzimy nowe kwiatki? No właśnie tam.- wyszła z kuchni. Nie cierpię gdy nie wyraża się precyzyjnie, zawsze potem coś robię nie tak jak chce i są pretensje. Skończyłem rozpakowywać zakupy, przebrałem koszulkę na "roboczą", wziąłem ze stołu nasiona i wyszedłem przed dom. Zobaczyłem, że Martyna nadal siedzi z Korkiem na tarasie.
-Rudaaa!- krzyknąłem na tyle głośno, że mnie usłyszała.
-Co chcesz?- odkrzyknęła wstając.
-Nie ma leżenia! Chodź to posadzisz ze mną kwiatki!- dziewczyna wzruszyła ramionami i podbiegła do bramki, którą standardowo otworzyła pchnięciem biodrami. Potem sprawnie przeskoczyła mój płot i stanęła przede mną.
-No dobra.- zaśmiała się.
-Chodź tam.- ruszyliśmy w stronę małej komórki na narzędzia ogrodnicze.
-Masz to.- podałem jej szpikulec, którym zrobimy dziurki na nasiona.
-I to.- wręczyłem jej pustą, zieloną konewkę.
-I to też.- dorzuciłem również nasiona. Zadowolony zamknąłem drzwiczki i wskazałem palcem miejsce na kwiatki.
-To ty sadź, zawołaj jak skończysz.- odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę domu.
-No ej!- usłyszałem oburzony głos Martyny.
-No co?- odwróciłem się w jej stronę.
-Nie ma tak!- fuknęła ze śmiechem.
-No dobra. Pomogę ci, ciesz się. Znaj łaskę pana!- roześmialiśmy się.
-Łaskę pana. Pf, chyba jak się klockami lego bawisz.- odgryzła się.
-Dobra już cichaj. Zobacz. Tu masz nasionka, robisz dołek, wkładasz nasionko, zasypujesz. Dasz radę?- zademonstrowałem.
-Chyba sobie poradzę.- odparła ironicznie.
-Co to w ogóle są za kwiatki?- podniosłem opakowanie słysząc pytanie dziewczyny.
-Takie.- wzruszyłem ramionami, nie mam pojęcia co to jest.
-Aha. Są perfekcyjne.- sadziliśmy nasionka w milczeniu co chwilę obsypując się "przypadkowo" ziemią. Skończyło się na tym, ze byliśmy cali czarni od ziemi. Gdy nasionka nam się skończyły poszedłem z konewką po wodę aby je trochę podlać.
-Zobaczysz jakie będą piękne!- dziewczyna wskazała na nasze dzieło.
-Ja mam nadzieję, że te, które posadziłaś ty nie uschną.
-No wiesz co? Miło. Co ty taki dziś złośliwy jesteś?
-No przecież to dla żartów!- broniłem się.
-Oj no wiem, wiem!- roześmiała się. Poszedłem po kolejną porcję wody bo jedna konewka nie wystarczyła. W między czasie naszedł mnie głupi pomysł. Wziąłem wąż ogrodowy i podłączyłem go do kurka, z którego zwykle brałem wodę. Jak gdyby nigdy nic wróciłem by podlać kwiatki.
-To po to by nie chodzić w kółko.- wyjaśniłem zamianę konewki na wąż, dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
-Nie przelej ich.- zwróciła mi uwagę. Popatrzyłem się na nią znacząco.
-Nie waż się.- odeszła na krok zasłaniając się rękami. Było już za późno, fala wody już leciała w jej stronę. Dziewczyna wydała z siebie pisk i rzuciła się do ucieczki, wiec ruszyłem za nią. Siłowaliśmy się chwilę na środku ogrodu starając się jak najbardziej pooblewać. Po chwili przerwaliśmy wojnę czując, że jesteśmy całkowicie mokrzy. Wyłączyłem strumień wody i popatrzyłem najpierw na Martynę, potem na siebie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-Chodź na słońce to wyschniemy.- poszliśmy za domu i usiedliśmy na schodkach tarasu.
-Masz szczęście, że jest tak ciepło!- zaśmiała się wykręcając z włosów wodę.
-A jakby nie było ciepło to co?
-To byśmy się rozchorowali.
-Trafne spostrzeżenie.
-Napijesz się czegoś?- dodałem po chwili.
-Nie, napiłam się już wody jak mnie oblewałeś.- roześmiała się i usiadła obok mnie opierając głowę o moje ramię.  Siedzieliśmy tak przez chwilę schnąc na ciepłym, popołudniowym słońcu. Jaskółki latały wszędzie dookoła wyłapując muchy i inne latające owady, inne ptaki śpiewały a parę domów dalej ktoś chyba miał grilla bo pachniało dymem i słychać było wesołe, głośne po lekkiej dawce trunku ludzie głosy.
-Chodźmy na spacer.- zaproponował Loczek. Krzyknąłem mamie, że wychodzę by nie zastanawiała się gdzie się podziałem i poszliśmy na spacer. Szliśmy po rozgrzanym od słońca asfalcie. Mimo, że to połowa maja jest tak gorąco, że wszyscy chodzą ubrani najkrócej i najcieniej jak mogą.
-Zobacz kreda!- zaklaskała w ręce Martyna gdy zobaczyła kilka kawałków kredy zgubionej przez dzieci.
-Coś dla ciebie!- roześmiałem się kucając obok dziewczyny, która już zaczynała coś rysować.
-Tu będzie góra?- dziewczyna przytaknęła, więc zacząłem rysować tęczę.
-Ślicznie się z nią wpasowałeś bo rysuję ciebie. Jeszcze sobie jednorożca dorysuj!- spojrzałem na początek jej rysunku. Kredą nie da się ładnie rysować, zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji tylko cztery kolory. Ale jej się udawało, nie wiem jak.
-Jak ty to robisz?- spytałem gdy zobaczyłem z jaką wprawą rysuje moją twarz, która na prawdę wyglądała jak moja twarz.
-Jakoś tak samo wychodzi.- uśmiechnęła się pod nosem.
-Samo wychodzi? Ja tęczy nie umiem narysować normalnie a ty tu takie coś odstawiasz!- wstałem obejrzałem to co nam wyszło. Moja twarz narysowana ładnie, regularnie i normalnie i moja koślawa tęcza dawały dość zabawny efekt.
-Nie jest tak dobrze jak mogłoby być... Ale dobra i tak jak przyjdzie deszcz to wszystko się zmyje.- roześmiała się również wstając.
-Masz nawet twarz kolorową.- dotknąłem jej policzka palcem, który był cały z kredy, wiec zostawiłem na nim zielony ślad.
-Teraz ty też!- również przejechała palcem po mojej twarzy. Prześwietliłem jej oczy wzrokiem na co jak zwykle się spięła.
-No weź się mnie nie bój.- mruknąłem nieco rozżalony. Nie lubię gdy spuszcza wzrok.
-Przepraszam, że nie umiem być taka jakbyś chciał.- powiedziała cichutko. Tego się nie spodziewałem.
-Jesteś nawet lepsza niż bym chciał.- podniosłem jej twarz do góry.
-Na prawdę?- uśmiechnęła się.
-Na prawdę.- odpowiedziałem tym samym.
-Wiesz co Jaś?- spojrzała mi w oczy.
-Hm?
-Kocham cię, serio.- kolejna rzecz, której się nie spodziewałem. W moja twarz uderzyła fala gorąca.
-Ja ciebie też.- odpowiedziałem zdając sobie sprawę z wagi tych słów i z obietnicą, którą wypowiadam razem z nimi.




♥♥♥
Mamy pisany dwa razy rozdział 11. Nienawidzę go, serio. Wybaczcie mi tą obsuwę ale on mi się usunął i pisałam dwa razy XD To z mojej głupoty. Trudno. Jest jaki jest ale mam nadzieję, że Wam się mimo wszystko podoba. Piszcie co myślicie, moim zdaniem nie jest wybitnie ciekawy :P Ale ok <3
Zapraszam na:
Aska Ask <3
Grupę Grupa :D

Pozdrawiam cieplutko
Miśka

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 10 Sezon II

"Janek nie napisał nic w nocy. Może nie miał nic na koncie? Nie, ma abonament. Przetarłam nerwowo twarz i sprawdziłam datę najnowszej wiadomości. Nie, to wczorajsza. Szybko wstałam, ubrałam się w cokolwiek i równie prędko poszłam do łazienki. Rozczesałam włosy, umyłam zęby i wróciłam do pokoju aby się spakować. Zbiegłam po schodach na dół, schowałam śniadanie naszykowane przez Olgę do torby i wskoczyłam w czarne trampki. Niepewna ruszyłam do szkoły." 


  Gdy naciskałam zdobioną klamkę w ogromnych, ciężkich drzwiach budynku moje gardło ścisnęło się ze zdenerwowania.
-Jest już Jaś?- podbiegłam do Alicji.
-No jeszcze go nie ma. A stało się coś?- odwróciła się powoli. 
-Nie... nic...- mruknęłam cicho.
-Chodź pod klasę.- uśmiechnęła się pocieszycielsko. Ruszyłyśmy po schodach by czekać na nadejście lekcji i mam nadzieję, że Janka. Dziewczyna co chwilę lekko się śmiała, mam nadzieję, że niczego nie brała. Po chwili dostałam SMS. Od: Mój kochany Jaś <3 (chyba tak już zostanie) "Tu mama Jasia. Gdy z Tobą rozmawiał potknął się i przewrócił uderzając o kant łóżka. Leży w szpitalu ze wstrząsem mózgu. Bardzo Cię przepraszam, że piszę do Ciebie dopiero teraz ale wcześniej nie miałam do tego głowy" Moje serce zamarło.
-Słodki Jezu...- szepnęłam chowając telefon do kieszeni i zrywając się z ławki. Za dziesięć minut mam autobus do miasta, powinnam zdążyć. Gdy niemal wybiegałam przez drzwi wyjściowe poczułam jak ktoś mnie łapie. 
-Hej, poczekaj. Gdzie tak lecisz?- stanął przede mną uśmiechnięty Janek. Zdębiałam. Stałam tak patrząc na niego i łącząc fakty. Po chwili podeszła Alicja, oboje zaczęli się śmiać. 
-To był jej pomysł!- chłopak zaczął się bronić. 
-Nie napisałem do ciebie wczoraj bo rozładował mi się telefon i nie mogłem znaleźć ładowarki. Jak przyszedłem do szkoły to Alicja stwierdziła, że będziesz się martwić i można cię wrobić. No i się dałaś.- znów zaczęli się śmiać.
-Czyli, że nic ci nie jest?- wychrypiałam. 
-A wyglądam na takiego?- uśmiechnął się rozkładając ręce na znak tego, że czuje się świetnie.
-Jesteś idiotą! Ty też!- rzuciłam się na nich z pięściami. 
-Wiecie! Jesteście głupi, głupi, głupi! Nie żartuje się z takich rzeczy!- krzyknęłam gdy choć trochę się uspokoiłam. Zadzwonił dzwonek a ja manifestując swojego focha fuknęłam i szybkim krokiem ruszyłam na lekcje. Ala i Jasiek próbowali mnie przepraszać jednocześnie płacząc ze śmiechu ale zapomnieli o jednej rzeczy: gdy byłam mała dostałam taki telefon. I to wcale nie był żart, umierała moja mama. Pamiętam to jak dziś. Już wtedy miałam swoją różową komórkę bo tata dużo pracował, mama chorowała w szpitalu i zajmowała się mną tylko Olga, więc rodzice chcieli mieć ze mną jakikolwiek kontakt. Miałam siedem lat, bawiłam się na podwórku i zbierałam stokrotki na wianuszek. Na stole zawibrował telefon, więc wesoło podbiegłam po komórkę z nadzieją, że usłyszę moją mamę. Zamiast tego usłyszałam zimny głos pielęgniarki, która chyba myślała, że jestem starsza:
-Panna Martyna, córka pani Sandry?- nie wiedziałam co odpowiedzieć ale głos mówił dalej:
-Pańska matka umiera, ma właśnie atak, ojciec już po panią jedzie i prosił mnie o poinformowanie.- jako, że dalej nie odbierałam kobieta rozłączyła połączenie. Z mojej malutkiej rączki wypadł różowy telefon, który roztrzaskał się w drobny mak, szybciutko pobiegłam do bramki gdzie płacząc czekałam na tatę. Jak na dziecko zbyt dobrze rozumiałam zjawisko śmierci. Mamusia kiedyś wytłumaczyła mi, że kiedyś jej zabraknie. Potem przyjechał mój tata, zabrał mnie do sali mamy. Pamiętam, że bardzo krzyczała. Gdy weszliśmy do sali, tata niósł mnie na rękach zaczęła płakać. Najpierw rozmawiała z tatą, potem wzięła na ręce mnie. 
-Martynko. Córeczko moja najcudowniejsza. Kocham cię najmocniej na świecie, zawsze będę, pamiętaj o tym.- a potem upadła na poduszkę. Nadbiegli lekarze, wyproszono nas z sali, patrzyliśmy przez szybę jak próbują ją reanimować jednak kreska na wyświetlaczu wskazująca puls ani drgnęła. Po chwili zrezygnowali. Spędziliśmy z tatą w szpitalu kilka godzin, pielęgniarka z telefonu, którą rozpoznałam po głosie przyniosła mi herbatę. 
-Taka biedna mała, bez mamy...- mruknęła odchodząc. 
-Ale ja mam mamę.- oburzyłam się zapłakana.
-Moja mama jest w moim serduszku, pani jest głupia. Pracuje pani jak ludzie umierają i tego nie wie?- pisnęłam, kobieta tylko otworzyła ze zdziwieniem usta i odeszła. 
Na wspomnienie tego oczy zaszły mi łzami, byłam już w klasie. To najgorsze a zarazem najdokładniejsze wspomnienie jakie mam z dzieciństwa. Poczułam dłoń Janka, który siedział obok mnie na swojej ręce
-Wszystko ok?- szepnął cicho w moją stronę.
-Tak, tak. Wszystko w porządku.- uśmiechnęłam się i otarłam ewentualne łzy. 
-To przeze mnie? Martynko... Przepraszam, nie chciałem, nie sądziłem, że...
-To nie chodzi o to. Źle mi się kojarzą telefony ze szpitala.- powiedziałam cichutko, na szczęście zrozumiał o co chodzi i nie musiałam mu tłumaczyć. 
-Przepraszam... Nie myślałem, że... Wybacz, jestem głupi.- ponownie zaczął mnie przepraszać. 
-Dobra, daj spokój. Lekcja jest, ciśś.- znów uśmiechnęłam się do chłopaka dając mu znak by się nie przejmował. Mimo to co chwilę czułam na sobie jego spojrzenie. Gdy wyszliśmy z nudnej lekcji wyjęłam z plecaka książkę z biblioteki, którą miałam oddać już wczoraj ale zapomniałam. Dzierżąc w ręce "Wesele" wyszyłam na piętro wyżej by zwrócić książkę. Niestety zaczepiła mnie Ola.
-Co tam masz papużko? Ooo, super książka.- powiedziała nawet nie patrząc na tytuł.
-Ta, świetna. Czego chcesz? Wszystkie szczurze batoniki już zjadłaś i chcesz kolejne by schudnąć?- dogryzłam jej wywołując ogólne rozbawienie.
-Oh, ja nie muszę w przeciwieństwie do ciebie. Pokaż mi tą książkę.- wyrwała mi "Wesele" z dłoni. 
-Ona jest prawie tak płaska jak ty!- wykrzyknęła przykładając twardą, prostą okładkę na mój malutki biust. Już czułam, że w moich oczach zbierają się łzy. Mimo to syknęłam
-No popatrz. Jej płaskość można porównać do twojej ubogo pofałdowanej kory mózgowej.- (im kora mózgowa bardziej pofałdowana tym mądrzejsza jest dana osoba)  uśmiechnęłam się sztucznie, zabierając książkę i odchodząc od małej grupki zainteresowanych. Spokojnie oddałam książkę i wychodząc z biblioteki minęłam się z Alicją.
-Ładnie sobie z nią poradziłaś. Głupi plastik.- zaśmiała się.
-Nie obrażaj głupich plastików, co?- obruszyłam się dla żartów.
-I nie bądź zła za to rano. Nie pomyśleliśmy i... głupio wyszło.- zrobiła niepewną minę. 
-Luzik. Nie ma sprawy.- uderzyłam ją przyjacielsko w ramię i odeszłam by mogła spokojnie załatwić sprawę z książkami. Udałam się w nieco spokojniejsze miejsce na korytarzu i znalazłam tam Jaśka.
-Coś się stało? Siedzisz taki sam.- usiadłam obok chłopaka. 
-Nie, wszystko ok.- uśmiechnął się i zrobił mi miejsce.
-Strasznie mi głupio, że przeze mnie płakałaś.- powiedział obejmując mnie.
-Przecież nic się nie stało. A ty co robisz dla swojej mamy na dzień mamy. To już nie długo!- chciałam zmienić temat. 
-Jeszcze nie wiem. Coś wymyślę. A ty dla Olimpii coś szykujesz?- uśmiechnął się niepewnie wiedząc, że wkraczamy na niebezpieczne tematy. 
-Ja zawsze robię tak, że dwudziestego szóstego chodzę z kwiatkiem na cmentarz. A dopiero dwudziestego siódmego składam życzenia Olimpii. Co by nie mówić- to nie jest moja mama. Jest mi bliska i tak dalej ale wiesz...
-Wiem.- przytulił mnie do siebie mocnej czując, że tracę rezon. Niektórzy marudzą, że nie mają z kim spędzać walentynek. A ja nie mam z kim spędzać dnia mamy. Chyba moja sytuacja jest gorsza... Westchnęłam bo znów zabrzmiał dzwonek oznajmiający trzecią lekcję. Dopiero trzecia lekcja, no nie... Opierając się o zimną ścianę wstałam i wraz z Jankiem ruszyliśmy na chemię. 




♥♥♥
No to jest okrągła dycha! :D Jak Wam się podoba rozdział? :D Dziś trochę wspomnień, trochę smutno. Wiem, że rozdział trochę spóźniony ale trudno... I w sensie treści i godziny dodania :v Ale jak Wam się podobał? Co myślicie? Piszcie! :D
Zapraszam na:

Cieplutko pozdrawiam
Miśka

wtorek, 2 czerwca 2015

Rozdział 9 Sezon II

"-Nie, nie mogę, nie chcę!- zaprzeczyła szybko.
-A mnie nie obchodzi czy ty chcesz czy nie. Nie możesz tak żyć. Pomogę ci.- powiedziałam gdy dziewczyna chowała pieniądze do woreczka. 
-Nie. Tylko pięć dych. Proszę. Nie stawiaj mnie w głupiej sytuacji.. Nie wiem kiedy będę mogła ci to oddać.- jęknęła. W tym momencie otworzyły się drzwi. Obie skamieniałyśmy."



-Cicho. Schowaj się w głąb pokoju.- szepnęła Alicja lekko popychając mnie w stronę stołu. 
-Może nie wejdzie, może pójdzie do drugiego pokoju.- mówiła ekstremalnie cichym i zdenerwowanym głosem. Zrobiłam krok do tyłu. Jeszcze jeden. Butelka spadła na podłogę. Rozbiła się tak głośno, że to aż niedorzeczne.
-Cholera! Szybko!- złapała mnie za dłoń i pociągnęła do małej izdebki. Zamknęła za sobą drzwi na skuwkę. Było tu duszno, pachniało stęchlizną. 
-CO TY ROBISZ!?- wrzasnął jej ojciec. Był ostro pijany i chyba podchodził do naszych drzwi.
-P-przebieram się!- odkrzyknęła panicznie. Nigdy nie widziałam jej aż tak przestraszonej.
-To chodź, czemu się wstydzisz?- zaśmiał się obrzydliwie. Alicję przeszedł dreszcz, po policzku spłynęła łza. Siedziałyśmy cicho az usłyszałyśmy brzdęk butelek i trzaśnięcie drzwiami. Wtedy Ala się rozpłakała. 
-Prze-przepraszam! Nie wiedziałam, że tu przyjdzie! Na-na prawdęęę!- jęknęła gdy ją do siebie przytuliłam. Kołysałam ją przez chwilę próbując uspokoić ale po chwili dziewczyna sama się orzeźwiła.
-Odprowadzę cię na przystanek.- wytarła wilgotne policzki i przeszła przez zaśmiecony pokój. 
-A nie jedziesz do Liwii?- ruszyłam za nią. 
-Nie. Muszę tu posprzątać. A nie będzie go jeszcze dzień lub dwa. Z matką sobie poradzę.- potarła czoło. 
-I tak nie będę spać w domu, hehe.- zatrzasnęła za sobą drzwi.
-Bardzo śmieszne.- zirytowałam się. Wyszłyśmy na podwórko, jakie tu wspaniałe, świeże powietrze! Gdy przyszłyśmy na przystanek miałam jakieś trzy-cztery minuty.
-Dzięki, że się do mnie nie zraziłaś.- dziewczyna kopnęła szary kamień, który wpadł w kratkę ściekową. 
-Nie rozumiem czemu mam się do ciebie zrażać.
-Patola. Nikt nie chce się z kimś takim zadawać.- mruknęła odwracając się w moją stronę. 
-Ale ja chcę. Poza tym: to nie twoja wina, że twoi rodzice tacy są. Powinnaś dostać medal, ze to wytrzymujesz i jeszcze utrzymujesz. Ja bym to wszystko...- machnęłam bezradnie rękami ale dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco. 
-To moi rodzice. Potrafiłabyś zostawić ojca? Nie? No widzisz. Rodziców kocha się w jakiś sposób zawsze. Nienawidzę ich z całego serca. Ale ich kocham. Taka ironia.- podniosła z ziemi niedopalonego papierosa. Widząc moja minę dodała
-Ach no tak, sorry.- machnęła nim udając, że go wyrzuca. 
-Pokaż rękę.- wyciągnęłam do niej dłoń.
-Oj no Boże...- przewróciła oczami oddając mi do ręki peta, którym rzuciłam w stronę kratki, w której skończył szary kamyk. 
-Patrz jedzie twój. Papa. I jeszcze raz dzięki.- przytuliłyśmy się serdecznie. 
-Papa. Nie dziękuj. I nie... wiesz. Z nikim dziś.- posłałam jej niepewny uśmiech.
-Nie puszczaj się, nazywaj rzeczy po imieniu.- wzruszyła ramionami. 
-Proszę. Dam ci to.- szybko wskoczyłam do autobusu. Usiadłam na jednym z wolnych miejsc i wsadziłam białe słuchawki w uszy aby nie myśleć. Alicja. Trzeba jej pomóc.
  Gdy wróciłam do domu poczułam zapach orzechowca. Uwielbiam zapach orzechowca. I smak też. Jak bardzo mój dom różnił się od domu Ali i Liwii... Miałam tu własny, przytulny pokój, świeże jedzenie, jest tu zawsze czysto. Nawet łóżka nie musiałabym ścielić bo Olga i tak wszystko zrobiłaby za mnie ale ja nie chcę mieć dwóch lewych rąk, więc ogarniam wszystko sama. Smutna udałam się na górę i od razu chwyciłam piżamę. Wzięłam długi, gorący prysznic by choć na chwilę się odprężyć i zmyć z siebie cały ciężar dzisiejszego dnia. Gdy szłam do pokoju zaczepił mnie zapracowany tato
-Co tak wcześnie się kładziesz? Źle się czujesz?- zatroskany przyłożył mi rękę do czoła. 
-Niee. Mam jakąś taką potrzebę... Pouczę się, pewnie pogadam z Jankiem i pójdę spać.- uśmiechnęłam się do taty. 
-A jadłaś coś?- nadal się o to martwi. 
-Zaraz zjem. Wezmę sobie coś dobrego do lekcji.- pocałowałam go w szorstki od zarostu policzek i czmychnęłam do pokoju. Rozczesałam włosy, założyłam włochate skarpetki bo nie lubię chodzić w kapciach i poszłam po obiecany posiłek do kuchni. Oczywiście skończyło się na świeżo upieczonym orzechowcu, który pochłonęłam w kilka chwil. Olga zrobiła mi jeszcze dwie malutkie kanapeczki i herbatę, więc przyjęłam i to. Z talerzem i ciepłym kubkiem poszłam do pokoju aby powtarzać materiał na geografię. Geografia jest fajna ale nie rozumiem po co mi wiedzieć, że krzewinki rosną w klimacie tundry czy gdzieś tam? Mniejsza z tym. Chcę mieć piątkę to muszę to wiedzieć. Pół godziny się uczyłam ale potem standardowo Janek przerwał mi telefonem. 
-Hej mordko. Jak tam?- niemalże widziałam jego uśmiech po drugiej stronie słuchawki. 
-A fajnie było. Uczę się właśnie. Nie, nie przeszkadzasz mi.- zaśmiałam się. Zamknęłam geografie i ułożyłam się na łóżku szykując się na dłuższą dyskusję. Czyli wieczorna tradycja: gadamy tak długo aż nie zrobię się śpiąca, potem Janek prowadzi monolog a ja zasypiam. Potem on pisze do mnie SMS "dobranoc <3" i sam idzie spać. Uwielbiam to. Tradycji stało się zadość i tym razem. Ale nim zasnęłam rozmawialiśmy o Alicji (nie powiedziałam mu o tym co dziś zaszło ani o problemach finansowych) o Florku bo się nie odzywa no i o Emilce. Potem dyskusja zeszła na różne głupie tematy. Aż w końcu doszliśmy do tematów odległych.
-A co chciałabyś w przyszłości?- ziewnął zmęczony chłopak. 
-Chciałabym gdzieś wyjechać. Wiesz. Na wakacje. Ale takie długie, nie tylko nad Bałtyk.- mruknęłam cicho gasząc lampkę przy łóżku. 
-Ja też. Ale nad Bałtyk możemy pojechać nawet w Boże ciało. Są cztery dni wolnego, więc... Do Ari, na pewno by się ucieszyła.- widziałam jak w jego oknie też gaśnie światło. To kolejna tradycja. Ja gaszę lampkę, potem on. Zawsze. 
-No dobra. A ty? Chodzi mi o podróże. Chciałbyś gdzieś pojechać?- rozmarzyłam się. 
-Chcę mieć z tobą zdjęcie na każdym z kontynentów. I zobaczysz, że będę takie miał.- znów wiedziałam, że się uśmiecha. 
-W Europie już mamy! Pierwszy krok do sukcesu.- zaśmiałam się. 
-Mówię całkiem serio.
-A czy ja żartuję? A ja bym chciała mieć z tobą zdjęcie w każdym z Europejskich miast. W sensie tych dużych: Paryż, Madryt, Amsterdam. Wiesz.- poprawiłam włosy tak aby nie zakrywały mojej twarzy. 
-Wiem. Obiecuję ci, że tak zrobimy.- mruknął w słuchawkę. 
-Trzymam za słowo.- uśmiechnęłam się do siebie. Lubię snuć niewykonalne plany. Te marzenia nigdy się nie spełnią ale miło jest o nich rozmawiać. Kto tak nie robi? Chyba tylko kompletne sztywniaki. Marzenia są piękne i trzeba o tym pamiętać. A stają się jeszcze lepsze gdy mamy je z kim dzielić. Ja mam i bardzo się z tego cieszę.
  Obudziłam się przez ciepłe słońce, które mocno raziło mnie w oczy. Mam jeszcze jakieś piętnaście minut snu. Zadowolona nawet z tak niewielkiej ilości przewróciłam się na drugi bok i przysypiałam aż do znienawidzonego dźwięku budzika. Nieco zniechęcona leniwie przetarłam oczy, odgarnęłam każdy z niesfornych kosmyków i wydobyłam spomiędzy poduszek telefon. Ledwo patrząc na oczy wyłączyłam natarczywy alarm i odruchowo weszłam w wiadomości. Nie było nowej. Janek nie napisał nic w nocy. Może nie miał nic na koncie? Nie, ma abonament. Przetarłam nerwowo twarz i sprawdziłam datę najnowszej wiadomości. Nie, to wczorajsza. Szybko wstałam, ubrałam się w cokolwiek i równie prędko poszłam do łazienki. Rozczesałam włosy, umyłam zęby i wróciłam do pokoju aby się spakować. Zbiegłam po schodach na dół, schowałam śniadanie naszykowane przez Olgę do torby i wskoczyłam w czarne trampki. Niepewna ruszyłam do szkoły. 





♥♥♥
No to mamy rozdział 9 :)) Jak Wam się podobał? :D 
Piszcie co myślicie, proszę :o :) 
Nie wiem co mam dziś mówić, chyba nic ważnego się nie działo ostatnio w sensie bloga XD :D Tak więc zapraszam na: 

Cieplutko pozdrawiam
Miśka


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 8 Sezon II

"-Ale co ty jej powiedziałaś?- wyszczerzyła oczy dziewczyna. 
-Że niczym mnie nie zniszczy. Mam was a was nie ruszy.- wzruszyłam ramionami. 
-No i prawidłowo. Ale czemu to tak przeżywasz?
-Bo ja nie umiem być tak złośliwa jak ona. I nie chcę taka być, wiesz sama. 
-Proszę o ciszę! Martyna rozsiądź się do ławki obok!- rozkazała nauczycielka. Nie wiem co ona taka nerwowa. Westchnęłam i chcąc nie chcąc zmieniłam swoje miejsce."




  Po kolejnej lekcji Oli nie było w szkole, zwolniła się bo bolał ją brzuch. Ja bym powiedziała, że boli ją jej nadszarpnięte, horrendalnie wysokie ego. Albo sumienie jeśli jeszcze je ma.
-Dobrze zrobiłaś, nie gryź się z tym.- zagadnął Janek gdy siedziałam sama na ławce i starałam się nie rozpłakać.
-Ale ja spadłam do jej poziomu.- chlipnęłam. 
-Nie spadłaś do jej poziomu bo ona kłamie na każdym kroku.- powiedział ciepło przygarniając mnie do siebie. 
-Głupi przykład: mi mówi, że puszczasz się z Maćkiem. A to oczywiste, że ty go nie lubisz. I myśli, że jej uwierzę.- aż zrobiło mi się zimo. Czy to możliwe aby Olka tak kłamała?
-Czekaj, czekaj. Gadała z tobą? I tak mówiła?
-No tak.- wzruszył ramionami.
-Ale ja jej nie wierze, więc...- przerwałam mu.
-Ale to nawet nie chodzi o to czy ty jej wierzysz czy nie. Ona tego samego dnia mówiła mi, że jesteś niedojrzały bo nie chcesz ze mną być.- popatrzyłam się na jego spokojną twarz.
-A mi wcześniej powiedziała, że to ty jesteś niedojrzała bo boisz się z kimś być. Widzisz? Nie przejmuj się nią, ona taka jest.
-Nie dziwi cię to?- mruknęłam zdziwiona. 
-Lubi jak tak marszczysz nosek. Nie dziwi mnie ani trochę. Znasz ją dłużej ode mnie a nie przywykłaś? Za bardzo ufasz ludziom. I to jeszcze tym, którym nie trzeba. Pamiętasz ile nie mogłaś się do mnie przekonać?- zaśmiał się lekko. 
-Pamiętam. Ale wiesz jak mnie odpychają ludzie, do których wszyscy się garną? Takie "gwiazdki szkolne" zgadnij dlaczego.
-A z Emką się przyjaźnisz mimo, że rywalizowała z Olką. Logiczne.- zrezygnowany machnął ręką. 
-Ale my się zaprzyjaźniłyśmy zanim ona była taka wiesz... Powiedziała Oli co o niej myśli w dużym gronie ludzi. Część osób poparła Olę, część Emi. A powiedziała to w mojej obronie, więc. I wtedy chłopcy odważyli się do niej zagadać. Wcześniej była stłamszona przez Olkę, więc... Pamiętam, miała wtedy długie włosy. Ale bardziej pasują jej krótkie. Przynajmniej wtedy tak było, za czasów wczesnego gimnazjum. Śmieszne to były czasy. Pierwsze miłostki i inne takie. Tylko mnie to ominęło. Przez Olkę.- westchnęłam. Janek o dziwo słuchał uważnie. -To już tyle trwa? Tyle czasu cię niszczy? Ona jest nienormalna.- potarł czoło ręką wyraźnie zdziwiony. 
-Czemu nikomu o tym nie powiedziałaś? Przecież to jest przemoc psychiczna. Ty się boisz przez nią ludzi. Boisz się z nimi gadać, boisz się nawet dotyku.- patrzył mi prosto w oczy, spuściłam głowę. 
-Boisz się nawet patrzyć w oczy.- podniósł moją głowę do góry. 
-Nie boję się ludzi. I nie boję się patrzeć w oczy. Dotyku też się nie boję, wydaje ci się. 
-Przecież widzę jak reagujesz. Nie boisz się patrzeć w oczy? To czemu ciągle spuszczasz wzrok? Nie boisz się dotyku? To czemu zawsze jak choć cię musnę w dłoń to przeszywa cię dreszcz. Boisz się. A jak nie boisz się ludzi to podejdź i zapytaj się tamtego chłopaka która godzina.- wskazał na jednego z chłopaków. Specjalnie wybrał takiego, który stoi w grupce. Na szczęście uratował mnie dzwonek. 
-Chodźmy pod klasę.- pociągnęłam go za rękę z nadzieją na zmianę tematu. 
-A która godzina?- nie dał się wpuścić w maliny. 
-Za piętnaście druga bo to dzwonek na ostatnią lekcję. Chodź i nie marudź.- chłopak chcąc nie chcąc ruszył za mną pod salę. Lekcja dla mnie minęła spokojnie. Pani pytała zagrożonych i wyciągających oceny, więc poświęciłam ten moment na czyszczenie własnego sumienia. Wniosek jest taki: Olce się należało ale drugi raz tak nie zrobię. Wobec nikogo. 
-Martyna. Mam do ciebie sprawę. Tylko taką... na osobności.- po lekcji podeszła do mnie Alicja. Gdy spojrzała wymownie na Janka ten szybko się oddalił. 
-Co jest?- zaniepokoiłam się. 
-Głupio mi o to prosić. Ale nie mogę się zwrócić do Liwii bo mi nie da. A bardzo pilnie potrzebuję.- nerwowo splatała ręce. 
-Mów.- ponagliłam ją. 
-Pożyczysz mi pięć dych?- odwróciła wzrok. 
-A co się stało?
-Nie ważne. Ale mam problem i po prostu potrzebuję.
-Masz długi?- zmarszczyłam czoło. 
-Tak jakby.- łamała sobie palce. 
-Znów ćpasz?- złapałam się za głowę, dziewczyna szybko mnie uciszyła.
-Nie prosiłabym cię o hajs na ćpanie. Chodzi o coś innego.- uniosłam do góry brew.
-Nie wierzysz mi?- niepewnie kiwnęłam głową. 
-A co mam zrobić żebyś wiedziała, że tego nie przećpam?- położyła ręce na biodrach. 
-Pokaż po co ci to.
-Nie mogę.- jęknęła cicho.
-No to sorry. Robię to tylko dla twojego dobra. Żeby nie było. 
-Martyna. Nie mogę ci pokazać...- jej oczy zrobiły się wilgotne. Muszę zobaczyć po co jej te pieniądze, w tej kwestii jej nie wierzę. 
-To trudno.- obojętnie wzruszyłam ramionami. 
-Obiecujesz, że się do mnie nie zrazisz?- prześwietliła mnie wzrokiem.
-A czy po tym co o tobie wiem coś może mnie jeszcze zrazić?- mruknęłam. Teraz serio się o nią boję. 
-Nie wiem. To jest nieco... szokujące. Ale chodź bo się spóźnimy na autobus.- ruszyłyśmy szybkim krokiem. 
-A gdzie w ogóle jedziemy?- zapytałam gdy wsiadłyśmy. Jechałyśmy na gapę, Ala mówiła, że tu nigdy nie spotkała żadnego kanara. 
-Do czegoś co teoretycznie jest moim domem.- zmroziło mnie. Z opowiadań Liwii wiem, że Ala NIGDY nikogo do siebie nie przyprowadza. Mają ponoć patologiczną rodzinę i obie się tego wstydzą. Dojechałyśmy do dzielnicy miasta, po której nie wolno mi chodzić samej. Nieźle się zaczyna. Serio wyglądała dramatycznie, byłam tu raz z tatą ale tylko przejazdem. Ciemne bramy, w których stały różne typki w dresach palące chyba fajki. Powybijane okna, popisane budynki. Obok przystanku leżał martwy gołąb. Pod sklepem siedziało kilkoro nietrzeźwych facetów. 
-Alka! Z kim się dziś umawiasz?- wydarł się jeden z nich. 
-Cholera, to mój ojciec. -zaklęła pod nosem.
-Żartujesz sobie?- zbladłam. 
-Nie. Chodź szybko. Nie martw się, nie odpuści sobie flaszki z kolegami i nie przyjdzie do domu.- próbowała ukryć wstyd i smutek. Ale widziałam jak bardzo się spięła gdy usłyszała głos ojca, jak blednie, jak oczy zachodzą jej łzami. Nie sądziłam, że w jej rodzinie jest tak źle. Rodzinie... To nie specjalnie można nazwać rodziną. Weszłyśmy na podwórko za blokiem, tam były drzwi dla mieszkańców. Bawiły się tam trzy dziewczynki ubrane w brudne, stare, różowe bluzeczki. Zrobiło mi się przykro. 
-To Kasia, Ada i Natalka. Mają bardzo fajną starszą siostrę. Jest dwa lata młodsza od nas ale koniecznie muszę cię z nią poznać. Kiedyś na pewno się spotkamy. Chyba, że nie chcesz. W sumie poznałyśmy się niedawno, w szpitalu. Znałyśmy się wcześniej z widzenia ale nigdy ze sobą nie gadałyśmy. 
-W szpitalu?- czyżby kolejna dziewczyna z problemem narkotykowym? Może jak to mówi Alicja "miała czystkę" razem z nią? 
-Próba samobójcza. - powiedziała najciszej jak mogła. 
-Jesteś po próbie samobójczej?- nie odpowiedziała. Weszłyśmy po brudnych, obrzydliwych schodach na drugie piętro. Powitała nas klamka, która była do połowy ułamana. 
-Dom bez klamek.- zaśmiała się dziewczyna. Weszła bez otwierania drzwi, najwidoczniej zamek był zepsuty. Gdy podążyłam za nią... zatkało mnie. Mnóstwo butelek po trunkach. Wszędzie pety. Zniszczona, brudna kanapa z równie zniszczonym i brudnym kocem o kolorze chyba czerwonym. Zniszczona i dosłownie zarzygana wykładzina, mnóstwo much. Alicja niewzruszona przeszła przez pokój i weszła do malutkiej, ciemnej izdebki. Wróciła stamtąd z małym woreczkiem i papierkiem. Prawie płakała, było jej wstyd. A ja ciągle nie mogłam pojąć jak ona może tak żyć. Nie rozumiem tego. 
-Zobacz.- przełknęła ślinę. Podała mi rachunek i wysypała na stół zawartość woreczka. 
-Brakuje mi dwustu pięćdziesięciu złotych do zapłacenia rachunku, możesz sobie policzyć. Dwie stówy zarobię sama dziś i jutro, tak myślę. Nie wiem. To zależy, sama wiesz. Ale będzie mi brakowało dokładnie pięciu dych. Może więcej jak nikogo nie będzie ale wtedy coś wykombinuję.- rozpłakałam się. Jak ona może tak żyć? Nie dość, że ma takich rodziców, taki dom i wszystko to jeszcze musi na to wszystko zarabiać w dość... niegodny sposób. 
-Nie płacz. Przezwyczaiłam się już.- sama hamowała szloch. Jest niewyobrażalnie dzielna. 
-A nie możesz jakoś inaczej? Sprzedaj te wszystkie butelki i puszki...
-Nie mogę. Bo to niby własność moich rodziców. Jak któreś z nich jest na tyle trzeźwe to idzie i sami to sprzedają żeby mieć na kolejny alkohol i fajki.- schowała twarz w dłoniach. Przytuliłam ją najmocniej jak umiałam. Trwałyśmy w takim uścisku aż Ala nie przestała płakać. 
-Dzięki. Że się do mnie nie zraziłaś. że rozumiesz, że to kompletnie nie moja wina.- znów zaczynała się rozklejać. 
-Ja ci dam te dwieście pięćdziesiąt. Nie oddawaj mi nic.- nie mam problemów z pieniędzmi, mam dużo oszczędności a moi rodzice zarabiają na prawdę kupę kasy. Nigdy się z tym nie obnoszę by nie przyciągać fałszywych "przyjaciół" Mogę jej pomóc. 
-Nie, nie mogę, nie chcę!- zaprzeczyła szybko.
-A mnie nie obchodzi czy ty chcesz czy nie. Nie możesz tak żyć. Pomogę ci.- powiedziałam gdy dziewczyna chowała pieniądze do woreczka. 
-Nie. Tylko pięć dych. Proszę. Nie stawiaj mnie w głupiej sytuacji.. Nie wiem kiedy będę mogła ci to oddać.- jęknęła. W tym momencie otworzyły się drzwi. Obie skamieniałyśmy. 




♥♥♥
No to mamy 8 rozdział :D Trochę taki... Nie wiem jak to nazwać. I dłuższy! Mimo, że dalej czuję się... źle (delikatnie mówiąc) Ale jest dzień dziecka! A Wy jako moje Gufniasze musicie coś ode mnie dostać, prawda? No to macie rozdział! :)) 
Chcę Wam również podziękować za OGROMNE 100.000 wyświetleń. Nie mieści mi sie to w głowie. Nie rozumiem tego. Pisałam Wam o tym na asku i grupie. Boże, jak się cieszę. Ale to tylko dzięki Wam <3 Dziekuję mordki. Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Nie umiem tego wyrazić jak dużo sprawiacie mi radości <3 
Jeszcze raz fajnego dnia dziecka ^^ (a właściwie już wieczoru :>)
Zapraszam na:
Pozdrawiam cieplutko
Miśka